Nowy model na rynku pełnym konkurencji
W ciągu ostatniego roku na rynek trafiła kolejna fala nowych elektrycznych SUV-ów, a jednym z nich jest właśnie Volvo EX60, dostępne w Polsce od 281 900 złotych. Za tę kwotę klient otrzymuje wersję z jednym silnikiem elektrycznym umieszczonym z tyłu pojazdu, generującym moc 374 koni mechanicznych, połączonym z akumulatorem o wykorzystywanej pojemności 80 kWh.
Taka konfiguracja pozwala osiągnąć przyspieszenie do setki w 5,9 sekundy, choć po przekroczeniu prędkości 160 km/h aktywuje się elektroniczny ogranicznik. Producent deklaruje też zasięg na poziomie nawet 611 kilometrów.
Mocniejsze warianty z opóźnionym startem
Oprócz podstawowej wersji oznaczonej P6 Szwedzi oferują także warianty P10 i P12, w których zastosowano już dwa silniki elektryczne. Te konfiguracje mogą generować odpowiednio 510 lub aż 680 koni mechanicznych, jednak osoby zainteresowane wersją topową musiały uzbroić się w cierpliwość już od samego początku.
Volvo już w momencie startu sprzedaży zapowiedziało, że produkcja mocniejszych wariantów ruszy dopiero w 51. tygodniu roku – a więc praktycznie tuż przed sylwestrową północą. Taki był pierwotny plan, lecz rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza niż zapowiedzi.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Mercedes przyznaje się do błędu i zapowiada powrót do korzeni. Chodzi o V8
Zamówić można, ale czy otrzymać?
Choć teoretycznie samochód można „kupić”, w praktyce da się go jedynie „zamówić” – i to bez gwarancji, że faktycznie trafi do klienta w rozsądnym terminie. Dostawy są bowiem systematycznie przekładane także wcześniejszym nabywcom, którzy złożyli zamówienia dawno temu.
Jak podaje holenderski serwis Autoblog, Volvo boryka się z ogromnymi trudnościami produkcyjnymi w fabryce w Torslandzie, gdzie z linii montażowych zjeżdża obecnie zaledwie około 200 samochodów tygodniowo. To dziesięciokrotnie mniej, niż pierwotnie zakładano. Źródłem problemów mają być trudności związane z tanim tłoczeniem karoserii metodą tzw. gigacastingu, co w efekcie powoduje kłopoty z instalacją akumulatorów. Opóźniona ma być również produkcja samych silników elektrycznych.
Gigacasting – technologia przejęta od Tesli
Sednem problemu jest właśnie wspomniany megacasting, technika zapożyczona od Tesli. Polega ona na tym, że zamiast tłoczenia wielu mniejszych elementów, które następnie łączą ze sobą maszyny i pracownicy, fabryka wytwarza jeden ogromny odlew obejmujący znaczną część karoserii.
Takie rozwiązanie teoretycznie znacząco obniża koszty produkcji, ale tylko wtedy, gdy cały proces przebiega bez zakłóceń. W przypadku Volvo tak jednak nie jest – nowa technologia na razie generuje dla koncernu raczej straty finansowe niż oszczędności.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kultowy model zniknął po cichu z Europy. To paradoks dzisiejszych czasów
Terminy dostaw przesuwane z miesiąca na miesiąc
Jak zauważają uczestnicy dyskusji wokół tematu, producent dotąd nie rozwiązał swoich problemów produkcyjnych, w związku z czym nie jest w stanie podać klientom jasnych terminów odbioru pojazdów. W niektórych przypadkach pierwotnie potwierdzony termin październikowy został najpierw przesunięty na listopad, następnie na grudzień, a obecnie mówi się już o lutym przyszłego roku.
Sytuacja wygląda zatem na znacznie poważniejszy kryzys, niż początkowo sugerowały pojedyncze opóźnienia – dla wielu klientów i obserwatorów rynku przypomina to raczej „gigaproblem” niż chwilowe zakłócenia w produkcji.
