Connect with us

Wpisz wyszukiwaną frazę:

News

Kultowy model zniknął po cichu z Europy. To paradoks dzisiejszych czasów

Jeep Wrangler zniknął z europejskiej oferty bez żadnych pożegnalnych ogłoszeń i już do niej nie wróci. Kultowy samochód terenowy, oficjalnie sprowadzany na Stary Kontynent od 1987 roku, nie doczeka tu swoich czterdziestych urodzin. Powodem jest emisyjna pułapka, w którą wpadł model mimo rosnącego zainteresowania klientów.

jeep wrangler
Fot. Jeep

Stellantis zmienia kurs, Bruksela nie odpuszcza

Koncern Stellantis w ciągu ostatnich dwóch lat radykalnie zmienił swoją strategię. Za czasów Carlosa Tavaresa firma przede wszystkim dostosowywała się do wymogów urzędów, co skutkowało spadkiem sprzedaży i niemal całkowitym wyeliminowaniem zysków. Wraz z objęciem sterów przez Antonio Filosę koncern zaczął znów budować samochody przede wszystkim z myślą o klientach.

Pod maskami modeli sprzedawanych w Ameryce i Europie zaczęły powracać silniki spalinowe, co naturalnie ponownie rozbudziło zainteresowanie kupujących. Jak jednak mówi przysłowie, dobry uczynek nie może pozostać bez kary. Bruksela ma bowiem własną zieloną misję, której zakłócać sobie nie pozwoli, a Jeep Wrangler stał się jedną z jej pierwszych ofiar.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Hybrydy plug-in 80% bardziej awaryjne niż auta spalinowe. Kolejna fałszywa nadzieja

Zbyt duży ślad emisyjny

Latem tego roku Jeep Wrangler po cichu opuścił europejski rynek, pozostawiając za sobą zbyt wyraźny ślad emisyjny. Na Stary Kontynent trafiała wyłącznie wersja z doładowanym dwulitrowym silnikiem benzynowym, który generował niewygórowaną moc 272 koni mechanicznych, jednak ze względu na charakter pojazdu wiązał się ze znormalizowaną emisją aż 269 gramów CO2 na kilometr. To niemal tyle samo, co emituje ośmiocylindrowy Range Rover SV.

Stellantisowi groziło więc, że każdy sprzedany w Europie egzemplarz Wranglera doprowadzi do kary ze strony Unii Europejskiej za przekroczenie limitów emisji w wysokości 16 700 euro, czyli około 73 tysięcy złotych za sztukę. Przy takiej skali ryzyka finansowego dalsza sprzedaż modelu w obecnej formie przestała mieć ekonomiczny sens.

Nowe przepisy dobiły stary model

Dodatkowym ciosem stała się nowa dyrektywa z Brukseli, obowiązująca od 7 lipca, która wymaga, by wszystkie sprzedawane samochody posiadały system monitorowania kierowcy oraz detekcję pieszych i rowerzystów. Obecna generacja Wranglera, oznaczona jako JL, trafiła na rynek już w 2018 roku i takich rozwiązań po prostu nie posiada.

Stellantis teoretycznie mógłby ten problem technicznie rozwiązać, jednak i tak wpadłby w tę samą emisyjną pułapkę. Niezależnie od tego, czy w Europie sprzedawano by kilka sztuk, czy więcej, zainteresowanie Wranglerem jest realne, więc producent musiałby sztucznie ograniczać sprzedaż, by nie przekroczyć dopuszczalnych limitów emisji.

Już sprzedaż na poziomie około 2000 sztuk rocznie oznaczałaby konieczność zapłaty kary liczonej w milionach euro albo konieczność rezygnacji ze sprzedaży niechcianego towaru. Taka sytuacja nie miała dla koncernu żadnego sensu.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Chińskie samochody. Europa i USA szykują nowe bariery przed chińską ekspansją

Elektryczny następca już w drodze

Producent po cichu przestał przyjmować zamówienia od europejskich klientów i usunął model ze swoich stron. Choć w niektórych europejskich krajach nadal widnieje on w ofercie, w Polsce na próżno szukać go na stronie marki.

Od przyszłego roku miejsce Wranglera ma zająć nowy model Jeep Recon, który siekiery emisyjnej już obawiać się nie musi – to w pełni elektryczny samochód. Napęd zapewni para silników elektrycznych o łącznej mocy 650 koni mechanicznych oraz bateria o pojemności 100 kWh.

Ponieważ jednak pojazd waży aż 2,7 tony i bardziej niż cokolwiek innego wciąż przypomina ceglaną bryłę, w praktyce daleko na jednym ładowaniu nie zajedzie. Jeep podkreśla jego zdolności terenowe, jednak trudno oczekiwać, by nowy model cieszył się podobną popularnością jak Wrangler.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *