Droga na szczyt i moment, gdy wszystko się posypało
Historia sukcesu Porsche z Zuffenhausen nabrała tempa wraz z pojawieniem się pierwszej generacji Cayenne. W roku 2000 marka sprzedała 54 586 samochodów, a trzy lata temu osiągnęła wynik 320 221 sztuk. To niemal sześciokrotny wzrost, który wydawał się zapowiadać jeszcze lepszą przyszłość. Elektryczny Taycan cieszył się wówczas 17-procentowym wzrostem sprzedaży rok do roku, co dało zarządowi złudne poczucie, że rynek elektryczny jest gotowy na wielką ekspansję marki.
Ówczesny prezes Oliver Blume zatwierdził ambitny plan, zgodnie z którym Macan, Boxster, Cayman, a w końcu i Cayenne miały zostać przestawione wyłącznie na napęd elektryczny. Jedynie kultowe Porsche 911 miało zostać oszczędzone tej transformacji, choć i w jego przypadku zaczęto preferować technologie hybrydowe. Realizacja tak radykalnych zmian wymagała gigantycznych inwestycji. Rozbudowywano fabryki, zatrudniano nowych pracowników i dostosowywano moce produkcyjne do zakładanego celu 400 tysięcy sprzedanych aut rocznie.
Problem polegał na tym, że nikt nigdy nie zapytał klientów, czy tego właśnie chcą. Decyzje zapadały w gabinetach zarządu, a nie w oparciu o realne zapotrzebowanie rynku. Bardzo szybko okazało się, że na elektryczne Porsche czekała jedynie garstka nabywców, a marka zaczęła tracić tych wiernych, którzy od lat kupowali jej tradycyjne modele spalinowe. To był punkt zwrotny, od którego zaczął się stopniowy, ale nieubłagany zjazd w dół.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Ford zlał Porsche, zanim Niemcy zdążyli się nacieszyć. A wszystko na Nurburgringu
Taycan tonie, a liczby mówią same za siebie
Taycan, który miał być lokomotywą elektrycznej rewolucji Porsche, już w 2024 roku zaczął przypominać Titanica nabierającego wody. W pierwszej połowie bieżącego roku marka dostarczyła klientom na całym świecie zaledwie 6 219 egzemplarzy tego modelu, z czego w Europie jedynie 2 890 sztuk. To wynik katastrofalnie odległy od ambitnych celów sprzedażowych, które uzasadniały miliardowe inwestycje w elektryfikację całej gamy modelowej.
Finansowe skutki tych błędnych decyzji okazały się druzgocące. Porsche ogłosiło, że jego zysk netto za ubiegły rok spadł o 93 procent, a marka funkcjonuje obecnie przy marży zysku wynoszącej zaledwie 1 procent. Blume, który de facto rozbił dochodową maszynę jednej z najbardziej rentownych marek motoryzacyjnych świata, został odwołany ze stanowiska i zastąpiony przez Michaela Leitersa. Nowy prezes nie ma jednak złudzeń co do skali problemu i przyznaje, że w najbliższych latach sprzedaż może spaść do 200 tysięcy samochodów rocznie – czyli połowy pierwotnie zakładanego celu.
Szczególnie wymowne jest porównanie ze spalinową wersją Macana, która ma już dwanaście lat na karku i nie jest nawet dostępna w sprzedaży na terenie Unii Europejskiej. Pomimo tych ograniczeń elektryczny Macan w pierwszej połowie tego roku nie zdołał dorównać sprzedaży swojego wysłużonego poprzednika. To najdobitniejszy dowód na to, jak bardzo nowe produkty marki rozminęły się z oczekiwaniami jej klientów, i jednocześnie najsmutniejszy symbol całego kryzysu.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nowa Toyota MR2. Po niespodziewanym nagraniu niektórym zrobiło się cieplej
Tysiące pracowników zapłaci cenę za błędy zarządu
Konsekwencje strategicznych pomyłek poniosą przede wszystkim zwykli pracownicy. Jeszcze za rządów Blume Porsche zapowiedziało zwolnienie 3 900 osób. Nowy prezes Leiters poinformował jednak, że do 2035 roku konieczne będzie rozstanie z co najmniej kolejnymi 5 tysiącami zatrudnionych. Zważywszy, że dwa lata temu w całej grupie pracowało nieco ponad 40 tysięcy ludzi, oznacza to, że marka pożegna się łącznie z 22 procentami całej załogi. I nie ma pewności, czy to ostateczna liczba.
W przyszłym tygodniu pracownicy mają zostać poinformowani o swoim losie. Dla mniej więcej co piątego z nich wiadomości nie będą dobre. To ludzie, którzy przez lata budowali pozycję jednej z najbardziej pożądanych marek motoryzacyjnych świata, a teraz tracą pracę z powodu decyzji, przed których absurdalnością ostrzegali nawet laicy nieznający się głębiej na branży samochodowej. Menedżerowie podcinający gałąź, na której siedzieli, zrobili to przede wszystkim tym pracownikom.
Jakikolwiek powrót do stabilności jest odległy w czasie. Przed rokiem 2028, kiedy ma się pojawić spalinowy następca obecnego Macana, trudno liczyć na istotną poprawę sytuacji. Porsche skazało się zatem na lata funkcjonowania w trybie awaryjnym, a intensywność kryzysu może jeszcze wzrosnąć, zanim zacznie maleć.
