Elektromobilność, straty i zamknięte fabryki
Światowe koncerny motoryzacyjne od kilku lat stawiają wszystko na jedną kartę – samochody elektryczne. Na ołtarzu baterii złożono setki miliardów dolarów inwestycji, choć każdemu myślącemu trzeźwo człowiekowi powinno być jasne, że elektromobilność nie jest rozwiązaniem dla wszystkich, a zwrot z tak gigantycznych nakładów pozostaje głęboko niepewny. Konsekwencje tych decyzji są coraz bardziej bolesne dla samych firm.
Gdy przychody zaczynają topnieć, prezesi sięgają po sprawdzone narzędzie oszczędnościowe – zamykają fabryki i zwalniają pracowników. Ford nie jest tu wyjątkiem. Koncern z Dearborn zakończył ubiegły rok z czystą stratą netto wynoszącą 8,2 miliarda dolarów. Za tym wynikiem stoją przede wszystkim chybione decyzje strategiczne w obszarze elektromobilności, ale też rekordowa liczba kosztownych akcji serwisowych, które nadszarpnęły reputację marki.
Zarząd tłumaczy trudny rok inwestycjami w przyszłość i wskazuje na rzekomy wzrost zainteresowania elektrykami oraz poprawę wskaźników jakości. Tymczasem rzeczywistość rysuje się zgoła inaczej – plany związane z elektryfikacją oferty Forda poniosły niemal całkowitą klęskę, a liczba usterek i odwołań pojazdów osiągnęła poziomy, o których marka wołałaby zapomnieć. Na tym tle ogłoszono wysokość wynagrodzeń dla najwyższego kierownictwa.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nowa Mazda MX-5. Większy silnik, mała masa i zero elektryfikacji
Rekordowe premie mimo spektakularnych strat
Jim Farley zarobił w minionym roku 27,5 miliona dolarów, co w przeliczeniu daje ponad 100 milionów złotych. To o 11 procent więcej niż rok wcześniej i absolutny rekord w jego karierze na czele Forda. Dla porównania – przeciętny pracownik montażowy w zakładach koncernu zarabia 295 razy mniej niż swój szef, o ile oczywiście nie otrzymał wcześniej wypowiedzenia.
Farley nie jest jednak jedynym beneficjentem hojności rady nadzorczej. Wykonawczy prezes Bill Ford – wnuk założyciela marki – zgarnął 20,3 miliona dolarów, czyli ponad 75 milionów złotych. Doug Field, odpowiedzialny właśnie za dział elektromobilności i cyfryzacji, który zaliczył najbardziej spektakularne fiasko, otrzymał 15,2 miliona dolarów. To przypomina sytuację, w której ministrowie finansów przyznają sobie premie za zrównoważony budżet w roku rekordowego deficytu.
Inwestorzy zareagowali natychmiast – akcje Forda potaniały o dwa procent w chwili, gdy informacje o wynagrodzeniach trafiły do mediów. Mimo tego Bill Ford publicznie wyraził pełne zadowolenie z pracy Farleya i nie zamierza go odwoływać. Wszystko wskazuje więc na to, że w kolejnych latach Ford będzie nadal krwawić finansowo z powodu kosztów elektromobilności i problemów jakościowych, a jego kierownictwo będzie inkasować coraz więcej – uzasadniając to poprawą wskaźników, które w rzeczywistości wciąż kulą się ze wstydu.
