Niemiecka branża motoryzacyjna, która niegdyś była najpotężniejszą i najbardziej zaawansowaną na świecie, znajduje się obecnie w trudnej sytuacji. Unia Europejska zaostrzyła przepisy dotyczące emisji CO2, ustalając nowy limit na poziomie 93,6 gramów na kilometr, który ma obowiązywać w latach 2025-2029. Za każdy przekroczony gram producenci będą musieli zapłacić karę w wysokości 95 euro, pomnożoną przez liczbę sprzedanych pojazdów.
Przewidywane kary mogą sięgnąć wielu miliardów euro, co stanowi poważne zagrożenie dla niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego. Sytuacja jest na tyle poważna, że nawet Robert Habeck, kandydat Partii Zielonych na kanclerza w nadchodzących wyborach, popiera złagodzenie przepisów. Jest to szczególnie znaczące, biorąc pod uwagę, że Zieloni tradycyjnie skupiają się na ochronie środowiska.
Pragmatyczne podejście do transformacji motoryzacyjnej
Robert Habeck, minister gospodarki i ochrony klimatu, proponuje wprowadzenie „pragmatycznej transformacji” poprzez system kompensacji, jednocześnie podkreślając, że nie zamierza obniżać limitów emisji wprowadzonych w 2021 roku. Jego plan zakłada możliwość wyrównania przekroczeń limitów emisji z 2025 roku niższymi emisjami w latach 2026 i 2027.
Propozycja ta ma na celu zachowanie motywacji do sprzedaży samochodów elektrycznych, jednocześnie zmniejszając presję finansową na producentów. Według Habecka, takie rozwiązanie pozwoli firmom kontynuować redukcję emisji bez konieczności płacenia ogromnych kar w trudnym dla nich okresie.
Kanclerz Scholz również popiera odroczenie sankcji i zaapelował do Komisji Europejskiej o niekaranie zarówno niemieckich, jak i innych europejskich producentów samochodów, którzy przekroczą limity CO2 w 2025 roku. Jego zdaniem, środki finansowe powinny pozostać w firmach i zostać przeznaczone na modernizację przemysłu, co byłoby lepszym i bardziej pragmatycznym rozwiązaniem niż upieranie się przy literalnym przestrzeganiu przepisów.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Dramatyczna sytuacja w Volkswagenie. 6000 protestujących i ogromne cięcia. Co dalej?
Wyzwania związane z elektryfikacją floty
Obecny limit emisji wynosi 115,1 gramów CO2 na kilometr, ale w 2025 roku ma spaść do 93,6 gramów, a w 2030 roku do 49,5 gramów. Ta drastyczna redukcja, oznaczająca spadek o ponad 50 procent między rokiem 2025 a 2030, budzi znaczne obawy w branży motoryzacyjnej. Aby spełnić nowe wymagania, producenci musieliby zwiększyć sprzedaż samochodów elektrycznych do poziomu 20-22 procent całkowitej sprzedaży. Jest to znaczące wyzwanie, biorąc pod uwagę, że do października 2024 roku udział pojazdów elektrycznych w rynku wynosił zaledwie 13,1 procent.
Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA) postuluje przesunięcie terminu wprowadzenia nowego limitu 93,6 gramów CO2 z 2025 na 2027 rok. Jednak nie wszyscy producenci podzielają to stanowisko. Najbardziej wyrazistym przykładem jest Grupa Stellantis, właściciel marek takich jak Peugeot, Citroën, Fiat, Opel i Jeep.
Carlos Tavares, dyrektor generalny Stellantisa, zdecydowanie sprzeciwia się zmianom w regulacjach, określając potencjalną modyfikację przepisów jako „surrealistyczną”. Jego stanowisko pokazuje, że nawet w samej branży motoryzacyjnej nie ma jednomyślności co do proponowanych zmian.
Ta różnica zdań w branży dodatkowo komplikuje sytuację niemieckiego rządu, który musi znaleźć równowagę między ochroną krajowego przemysłu motoryzacyjnego a realizacją celów klimatycznych. Decyzje podjęte w tej sprawie będą miały długofalowe konsekwencje dla całego europejskiego sektora motoryzacyjnego.
