Connect with us

Wpisz wyszukiwaną frazę:

News

Szef Forda z rekordowym zarobkiem. Za gigantyczną stratę firmy

Jim Farley, dyrektor generalny Forda, otrzymał w 2025 roku rekordowe wynagrodzenie w wysokości 27,5 miliona dolarów – najwięcej od czasu objęcia stanowiska w 2020 roku. Stało się to pomimo tego, że koncern odnotował czystą stratę netto sięgającą 8,2 miliarda dolarów oraz pobił niechlubny rekord liczby akcji serwisowych. Oficjalnym uzasadnieniem wypłaty premii jest… poprawa jakości oraz wzrost zainteresowania samochodami elektrycznymi.

jim farley ford
Fot. Ford

Elektromobilność, straty i zamknięte fabryki

Światowe koncerny motoryzacyjne od kilku lat stawiają wszystko na jedną kartę – samochody elektryczne. Na ołtarzu baterii złożono setki miliardów dolarów inwestycji, choć każdemu myślącemu trzeźwo człowiekowi powinno być jasne, że elektromobilność nie jest rozwiązaniem dla wszystkich, a zwrot z tak gigantycznych nakładów pozostaje głęboko niepewny. Konsekwencje tych decyzji są coraz bardziej bolesne dla samych firm.

Gdy przychody zaczynają topnieć, prezesi sięgają po sprawdzone narzędzie oszczędnościowe – zamykają fabryki i zwalniają pracowników. Ford nie jest tu wyjątkiem. Koncern z Dearborn zakończył ubiegły rok z czystą stratą netto wynoszącą 8,2 miliarda dolarów. Za tym wynikiem stoją przede wszystkim chybione decyzje strategiczne w obszarze elektromobilności, ale też rekordowa liczba kosztownych akcji serwisowych, które nadszarpnęły reputację marki.

Zarząd tłumaczy trudny rok inwestycjami w przyszłość i wskazuje na rzekomy wzrost zainteresowania elektrykami oraz poprawę wskaźników jakości. Tymczasem rzeczywistość rysuje się zgoła inaczej – plany związane z elektryfikacją oferty Forda poniosły niemal całkowitą klęskę, a liczba usterek i odwołań pojazdów osiągnęła poziomy, o których marka wołałaby zapomnieć. Na tym tle ogłoszono wysokość wynagrodzeń dla najwyższego kierownictwa.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nowa Mazda MX-5. Większy silnik, mała masa i zero elektryfikacji

Rekordowe premie mimo spektakularnych strat

Jim Farley zarobił w minionym roku 27,5 miliona dolarów, co w przeliczeniu daje ponad 100 milionów złotych. To o 11 procent więcej niż rok wcześniej i absolutny rekord w jego karierze na czele Forda. Dla porównania – przeciętny pracownik montażowy w zakładach koncernu zarabia 295 razy mniej niż swój szef, o ile oczywiście nie otrzymał wcześniej wypowiedzenia.

Farley nie jest jednak jedynym beneficjentem hojności rady nadzorczej. Wykonawczy prezes Bill Ford – wnuk założyciela marki – zgarnął 20,3 miliona dolarów, czyli ponad 75 milionów złotych. Doug Field, odpowiedzialny właśnie za dział elektromobilności i cyfryzacji, który zaliczył najbardziej spektakularne fiasko, otrzymał 15,2 miliona dolarów. To przypomina sytuację, w której ministrowie finansów przyznają sobie premie za zrównoważony budżet w roku rekordowego deficytu.

Inwestorzy zareagowali natychmiast – akcje Forda potaniały o dwa procent w chwili, gdy informacje o wynagrodzeniach trafiły do mediów. Mimo tego Bill Ford publicznie wyraził pełne zadowolenie z pracy Farleya i nie zamierza go odwoływać. Wszystko wskazuje więc na to, że w kolejnych latach Ford będzie nadal krwawić finansowo z powodu kosztów elektromobilności i problemów jakościowych, a jego kierownictwo będzie inkasować coraz więcej – uzasadniając to poprawą wskaźników, które w rzeczywistości wciąż kulą się ze wstydu.