Connect with us

Wpisz wyszukiwaną frazę:

News

Zielony koszmar UE. Szumnie zapowiadany szczyt wprowadził „odroczenie”, czyli nie zmienił nic

Unia Europejska zmaga się z problemem, który może być uznany za źródło jej licznych trudności. Chodzi o fakt, że potężnym strukturom unijnym przewodzą osoby, które są wybierane w sposób bardzo pośredni, bez wyraźnego mandatu od szerokich grup społecznych. Można by długo dyskutować, czy to właśnie ta kwestia leży u podstaw wszystkich obecnych kłopotów. Niezależnie od tego, głównym problemem pozostaje rażąca niekompetencja tych, którzy dzierżą władzę.

ursula von der leyen
Fot. Komisja Europejska

Na czele tego systemu stoi Ursula von der Leyen, której działania, wraz z jej zespołem promującym zieloną ideologię, są dla Europy katastrofą. Nie chodzi tu tylko o ocenę samej idei, która stoi za podejmowanymi krokami – każdy może mieć na jej temat własne zdanie. Kluczowe jest jednak to, że upieranie się przy niej, gdy reszta świata dawno się od niej odwróciła, świadczy o całkowitej utracie kontaktu z rzeczywistością.

Europa nie jest w stanie realizować takich planów w pojedynkę. Po pierwsze, sama nic nie zmieni na globalnej scenie, a po drugie, staje się łatwym łupem dla tych, którzy stawiają na efektywność, a nie na ideologiczne barwy – zielone, czerwone czy jakiekolwiek inne. Ta ślepa wiara w utopijne wizje prowadzi kontynent na skraj ekonomicznego rozpadu, co powinno być dla wszystkich oczywiste.

Tymczasem Komisja Europejska zdaje się nie dostrzegać, że świat wokół niej się zmienił. Ignoruje fakt, że inne państwa i regiony zaczęły patrzeć na priorytety UE z zupełnie innej perspektywy. To zaś stawia pod znakiem zapytania zdolność przywódców do elastyczności i dostosowania się do nowych realiów.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Szef Renault bez ogródek. Nowe regulacje UE doprowadzą do drastycznego wzrostu cen aut i bezrobocia

Zielony dogmat Ursuli von der Leyen

Polityka Ursuli von der Leyen i jej współpracowników, skupiona na tzw. Zielonym Ładzie, to przykład ideologicznego zacietrzewienia, które nie zna kompromisów. Ich działania są nie tylko oderwane od rzeczywistości, ale też sprzeczne z tym, co robi większość świata. Nawet jeśli ktoś popierałby pierwotną ideę ekologiczną, musi przyznać, że jej forsowanie w obecnych warunkach jest absurdalne. Światowe potęgi, takie jak USA, Chiny czy Indie, obrały zupełnie inne kierunki, a Europa pozostaje osamotniona w swojej misji.

Ostatnim gwoździem do trumny była zmiana polityczna w Stanach Zjednoczonych, którą można nazwać rewolucją. Władza wróciła tam w ręce struktur, które błyskawicznie zaczęły podważać zieloną ideologię i wykorzeniać ją z systemu. Bez względu na to, co o tym sądzimy, faktem jest, że USA, a także inne kluczowe państwa, odchodzą od pomysłów, które UE wciąż kurczowo się trzyma. W efekcie Europa, z jej kilkuset milionami mieszkańców i słabnącą gospodarką, nie ma szans narzucić światu swojej wizji.

Ta zmiana w USA mogła być dla UE szansą na wycofanie się z dotychczasowej polityki bez utraty twarzy. Ursula von der Leyen mogła powiedzieć: „Chcieliśmy inaczej, ale skoro wszyscy są przeciw, nie ma sensu brnąć dalej”. Zamiast tego wybrano drogę ideologicznego dogmatyzmu, graniczącą z religijnym fanatyzmem, co tylko pogłębia chaos i prowadzi do absurdalnych decyzji. Zamiast ograniczyć czy zatrzymać Zielony Ład, Komisja Europejska postanowiła go zaostrzyć, wierząc, że w ten sposób Europa zyska przewagę.

Motoryzacja w pułapce unijnych regulacji

Unijne regulacje dotykają realnych sektorów gospodarki, takich jak przemysł motoryzacyjny, który cierpi z powodu tej samej ideologicznej machiny. Ograniczenia dotyczące emisji CO2 w flotach samochodowych, możliwe do spełnienia tylko przez sprzedaż dziesiątek procent aut elektrycznych, są nierealne bez ogromnych strat finansowych. Wszyscy widzą, dokąd to zmierza, a mimo to nic się nie zmienia. UE miała szansę przyznać, że obecny kurs jest błędny i dostosować plany do rzeczywistości.

Mogła to zrobić bez wstydu, korzystając z globalnych zmian jako pretekstu do korekty. Zamiast tego wybrano dalsze brnięcie w ślepą uliczkę, co przypomina socjalistyczne podejście do planowania – plan jest święty i nie zmienia się wcześniej niż po pięciu latach, bez względu na okoliczności. To brak elastyczności, który kosztuje Europę jej konkurencyjność. Przemysł motoryzacyjny, kluczowy dla wielu gospodarek UE, jest duszony regulacjami, które ignorują realia rynkowe.

Niedawny szczyt z udziałem von der Leyen i przedstawicieli branży, szumnie nazwany „Przyszłość Europejskiego Przemysłu Motoryzacyjnego”, powinien raczej nosić tytuł „Brak Przyszłości”. Wyniki tego spotkania niektórzy błędnie określili jako odroczenie surowych regulacji. Nic bardziej mylnego – to nie odroczenie, a jedynie zmiana trasy prowadzącej do tego samego celu.

Jedyna istotna modyfikacja to rozłożenie limitów emisji na średnią z trzech lat zamiast roku. To niby daje oddech, ale w praktyce nie zmienia faktu, że cele pozostają nierealne. Przemysł wciąż stoi przed ścianą, tylko przesuniętą o kilka lat, co nie rozwiązuje problemu, a jedynie go odsuwa w czasie.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Nawet Francja naciska na UE, by zaprzestała wojny z samochodami spalinowymi. Dlaczego?

Przyszłość bez przyszłości

Flotowe limity emisji pozostają nietknięte, a zmiana w ich liczeniu to jedynie prokrastynacja. Wyobraźmy sobie, że w 2025 roku producenci muszą sprzedać 25% aut elektrycznych, w 2026 – 30%, a w 2027 – 35%. Dzięki nowej formule w pierwszym roku można sprzedać mniej, ale średnia za trzy lata musi wynieść 30%. Jeśli więc w 2025 roku będzie to 15%, a w 2026 – 20%, to w 2027 trzeba osiągnąć aż 55%, by sprostać wymogom – co jest nierealne.

To kosmetyczna zmiana, która nie daje realnej ulgi. Producenci wciąż będą zmuszeni do nadludzkich wysiłków, by uniknąć kar, a w efekcie mogą popaść w jeszcze większe kłopoty finansowe. Jedyną nadzieją jest to, że do 2027 roku cały mechanizm się rozpadnie. Bez tego scenariusz pozostaje beznadziejny. Ursula von der Leyen dodała jeszcze obietnicę wsparcia lokalnej produkcji baterii do aut elektrycznych, co brzmi dobrze tylko w teorii. W praktyce Europa nie jest w stanie produkować ich efektywnie, między innymi przez inne unijne regulacje energetyczne. Zamiast realnych rozwiązań proponuje się dotacje, które maskują problem, ale go nie rozwiązują.

Jej plan zakłada wprowadzenie wymogów „europejskiego udziału” w bateriach, co może oznaczać cła na auta z importowanymi komponentami. To z kolei podniesie ceny samochodów, obniży konkurencyjność i powtórzy błędną strategię protekcjonizmu, która już wielokrotnie zawiodła. Absurd tego podejścia jest porażający – to genialna recepta na autodestrukcję, opakowana w piękne słowa o zielonej przyszłości.