Pożary pojazdów elektrycznych zdarzają się rzadko, głównie ze względu na ich stosunkowo niewielką liczbę na drogach oraz nowoczesną konstrukcję. Jednak gdy już dojdzie do zapłonu, gaszenie jest znacznie trudniejsze niż w przypadku samochodów spalinowych. Baterie, które napędzają te pojazdy, płoną intensywnie, emitując toksyczne substancje, a ich ogień jest trudny do opanowania nawet przy użyciu dużych ilości wody.
Strażacy zmagają się z brakiem odpowiedniego sprzętu i protokołów, które pozwoliłyby im skutecznie działać. Pomimo rosnącego doświadczenia, każdy model samochodu elektrycznego wymaga innego podejścia, co komplikuje akcje ratunkowe. Ignorowanie tych problemów przez lata budzi frustrację wśród służb, które czują się pozostawione same sobie.
Wyjątkowe wyzwania pożarów baterii
Pożary samochodów elektrycznych różnią się od tych w pojazdach spalinowych przede wszystkim ze względu na baterie. Te mogą płonąć bez dostępu tlenu, a ich ogień jest trudny do ugaszenia. Co więcej, nawet po pozornym stłumieniu pożaru baterie mogą ponownie się zapalić – czasem po dniach, a nawet tygodniach.
Toksyczne opary wydzielane podczas takich pożarów stanowią dodatkowe zagrożenie dla strażaków i otoczenia. W przeciwieństwie do tradycyjnych pojazdów, gdzie woda zwykle wystarcza, w przypadku elektryków potrzebna jest znacznie większa jej ilość, a i to nie gwarantuje sukcesu. Brak odpowiednich narzędzi i procedur sprawia, że strażacy czują się bezradni.
Sytuacja ta kontrastuje z podejściem do innych technologii. Gdyby podobne problemy dotyczyły samochodów spalinowych, reakcja opinii publicznej i decydentów byłaby natychmiastowa. Elektromobilność, mimo tych wyzwań, jest jednak promowana, a ostrzeżenia strażaków pozostają bez echa.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Audi w końcu się poddało. Rezygnuje z przejścia na samochody elektryczne
Brak sprzętu i procedur
Frank van der Laak, szef straży pożarnej w południowo-wschodniej Brabancji, w rozmowie z „De Telegraaf” podkreśla, że walka z pożarami samochodów elektrycznych staje się coraz trudniejsza. Każdy model pojazdu wymaga innych protokołów bezpieczeństwa, a strażacy nie nadążają za szybkim rozwojem technologii. Doświadczenie nie wystarcza, gdy brakuje odpowiedniego wyposażenia.
Zakup nowego sprzętu to proces czasochłonny, a fundusze publiczne muszą być wydawane rozważnie. Sprzęt kupowany dziś powinien służyć przez dekadę, ale w świecie motoryzacji, gdzie zmiany następują błyskawicznie, jest to niemal niemożliwe. Strażacy nie wiedzą, jakie materiały i techniki stosować, by skutecznie gasić pożary nowych modeli samochodów.
Van der Laak zauważa, że dopiero dramatyczne historie przyciągają uwagę decydentów i opinii publicznej. Jednak nawet wtedy brakuje konkretnych odpowiedzi na pytania strażaków, którzy zmagają się z niepewnością podczas akcji, takich jak niedawna kolizja Tesli, gdzie bateria częściowo odłączyła się od pojazdu i zaczęła płonąć.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Elektryczna Klasa G to kompletna klapa. Samochody zalegają u dealerów
Dramatyczne sytuacje na drodze
Strażacy regularnie dzielą się historiami, które pokazują, jak nieprzewidywalne są pożary samochodów elektrycznych. Przykładem jest niedawny wypadek Tesli, która uderzyła w drzewo. Część baterii oderwała się i zaczęła płonąć z dala od pojazdu, podczas gdy reszta pozostała w samochodzie. W takich sytuacjach strażacy stają przed dylematem: jak bezpiecznie działać, gdy nie wiedzą, czy pojazd jest nadal pod napięciem?
Te historie nie mają na celu dyskredytowania elektromobilności, lecz zwrócenie uwagi na chaos, jaki towarzyszy jej szybkiemu wprowadzaniu. Strażacy nie domagają się zakazu samochodów elektrycznych, ale apelują o bardziej zrównoważone tempo ich wdrażania. Chcą mieć czas na opracowanie procedur i wyposażenia, które pozwolą im skutecznie działać.
Brak reakcji na te apele kontrastuje z nadmierną dbałością o inne, czasem mniej istotne kwestie ekologiczne. Podczas gdy świat skupia się na drobiazgach, takich jak plastikowe nakrętki, poważne problemy związane z bezpieczeństwem samochodów elektrycznych pozostają nierozwiązane. Strażacy, mimo frustracji, nie przestają alarmować, licząc, że w końcu zostaną wysłuchani.
