Polityka klimatyczna Unii Europejskiej jest coraz częściej postrzegana jako próba gospodarczego samobójstwa dokonywana na żywo. Mimo licznych ostrzeżeń o potencjalnych konsekwencjach, Bruksela konsekwentnie odmawia nawet znaczącej korekty swoich planów, kontynuując obrany kierunek.
Jak donosi francuski dziennik Les Echos, nawet Francja zaczęła wywierać presję na Brukselę. Trzej francuscy ministrowie: Marc Ferraci (przemysł), Benjamin Haddad (sprawy europejskie) i Agnes Pannier-Runacher (środowisko) wspólnie zaapelowali do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen o kilkuletnie odroczenie Zielonego Ładu. Według nich każde inne rozwiązanie będzie „poważnym błędem politycznym”. Stanowisko to podziela cały francuski rząd wraz z prezydentem.
Dramatyczna sytuacja producentów i widmo miliardowych kar
Według francuskich polityków, rosnący nacisk UE na elektryfikację transportu, zmierzający do praktycznego zakazu wszelkich alternatyw, przyniesie nie tylko szkody gospodarcze, ale także środowiskowe. Aby spełnić obecne standardy narzucone przez Brukselę, już teraz co czwarty sprzedawany samochód powinien być pojazdem elektrycznym.
Mimo wszystkich form wsparcia i zachęt, średni udział samochodów elektrycznych w całkowitej sprzedaży na kontynencie europejskim osiągnął zaledwie 16 procent. W konsekwencji producentom grożą kary sięgające łącznie 15 miliardów euro, czyli ponad 63 miliardów złotych.
Dla zobrazowania skali tych kar warto zauważyć, że roczna składka Francji do budżetu UE wynosi 26 miliardów euro, a więcej wpłacają tylko Niemcy (29 miliardów euro). Oznacza to, że same kary dla producentów samochodów przewyższyłyby roczne składki większości państw członkowskich UE. Jeśli Bruksela będzie nadal forsować realizację Zielonego Ładu, doprowadzi to do jeszcze większej fali zwolnień i zamykania fabryk, niż ta, której Europa doświadczyła do tej pory.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Alfa Romeo też zmienia strategię. Kończy z obsesją na punkcie samochodów elektrycznych
Przemysł motoryzacyjny w obliczu systemowych zagrożeń
Francuscy ministrowie ostrzegają przed trwałym osłabieniem zdolności do przeprowadzenia transformacji energetycznej w sektorze motoryzacyjnym. Podkreślają, że tylko zamożne społeczeństwo może skutecznie finansować politykę ekologiczną, podczas gdy Europa traci swoją konkurencyjność właśnie przez presję Brukseli.
Szczególnie niepokojącym zjawiskiem jest fakt, że europejskie koncerny motoryzacyjne, próbując uniknąć kar, zawierają umowy z firmami amerykańskimi i chińskimi dotyczące wspólnego rozliczania średnich emisji CO2. Renault otwarcie sprzeciwia się takiej praktyce, deklarując, że „nie chce finansować konkurentów”, jednak obecne regulacje UE praktycznie zmuszają producentów do takich działań.
Obecne limity emisji są tak oderwane od rzeczywistości, że nawet drogi i zaawansowany technologicznie hybrydowy Renault Clio nie spełnia limitów emisyjnych UE na bieżący rok. Jego ślad węglowy będzie musiał być kompensowany przez samochody elektryczne, na które brakuje wystarczającej liczby nabywców. W rezultacie producenci stają przed trzema dramatycznymi wyborami: płacić kary UE, wspierać finansowo konkurencję lub ograniczać produkcję samochodów spalinowych, co nieuchronnie prowadzi do redukcji zatrudnienia i zamykania fabryk, czego przykładem jest już Fiat.
Bruksela ignoruje ostrzeżenia przed historycznym kryzysem
Ferraci, Haddad i Pannier-Runacher mówią wprost o „historycznym kryzysie”, w który Europa zmierza pod kierownictwem Brukseli. Ich apele dotyczą zarówno aspektów ekonomicznych, jak i potencjalnych szkód środowiskowych.
Mimo tych ostrzeżeń, zaledwie kilka dni temu Ursula von der Leyen wraz z innymi zwolennikami Zielonego Ładu przedstawiła nowy manifest, potwierdzający, że nie planują żadnych zmian w przyjętej strategii. Co więcej, deklarują, że obecne problemy zostaną rozwiązane poprzez intensyfikację tych samych działań, które je spowodowały. Unijni politycy wydają się coraz bardziej oderwani od rzeczywistości, a wystąpienia przewodniczącej Komisji Europejskiej budzą nieprzyjemne skojarzenia.
